Kibicuję Milanowi od 1994 roku. Ten sezon czuję inaczej
Trzydzieści dwa lata temu, jako dzieciak, zobaczyłem Milan Capella na czarno-białym telewizorze i już zostałem. Byłem przy Kubaniu, przy Rijkaardzie, przy Sacchim, potem przy chudych latach, przy Ibrahimoviciu, przy Scudetto Pioliego. Widziałem wszystko, co ten klub potrafi dać kibicowi: euforię, rozpacz i tę dziwną, uporczywą nadzieję, która nie znika nawet po najgorszym sezonie.
Dlaczego piszę o tym teraz, po dwóch kolejkach nowego sezonu? Bo coś w tej drużynie Amorima przypomina mi wczesne lata dziewięćdziesiąte. Nie chodzi o wynik, chociaż dwa zwycięstwa na start to solidny fundament. Chodzi o sposób, w jaki ta drużyna broni jako jeden organizm i atakuje z dyscypliną, która nie jest przypadkowa. Gabbia i Pavlović wyglądają jak para, która gra ze sobą od lat, a nie od dwóch miesięcy. Maignan krzyczy na obrońców z taką pewnością, jakby miał czterdzieści lat doświadczenia, a nie trzydzieści.
Pamiętam derby w latach dziewięćdziesiątych, kiedy San Siro trzęsło się od śpiewu jeszcze przed pierwszym gwizdkiem. Frekwencja 75 141 na meczu z Venezią pokazuje, że to miasto wciąż potrafi się zebrać dla tego klubu, nawet gdy rywalem nie jest Inter czy Juventus. To dla mnie sygnał, że Curva wciąż żyje, że młodsze pokolenie przejmuje pałeczkę od nas, starych wyjadaczy.
Gonçalo Ramos strzelił swojego pierwszego gola w koszulce Milanu i widziałem, jak biegnie pod trybunę z tą samą desperacką radością, jaką pamiętam u napastników sprzed dekad. To nie jest poza na kamery. To jest coś, czego nie da się wyreżyserować.
Nie wiem, czy ten sezon skończy się scudetto. Trzydzieści dwa lata kibicowania nauczyło mnie, żeby nie obiecywać sobie za dużo po dwóch kolejkach. Ale wiem jedno: kiedy w niedzielny wieczór włączam mecz Milanu, czuję to samo drżenie w żołądku co w 1994 roku. I dopóki to czuję, będę na trybunie, realnej albo wirtualnej, aż do końca.