Milan w Gdańsku: jak oglądamy mecze 1400 kilometrów od San Siro
Gdańsk, sobota, 20:30. Wchodzę do baru sportowego, gdzie od lat spotyka się nasza mała grupka rossonerich znad morza. Nie jest nas wielu, może piętnastu na typowy mecz, ale w dni takie jak derby czy mecz z Venezią robi się ciasno. Kelnerka już wie, że jak przychodzimy, to telewizor przełącza się na Milan, nawet jeśli akurat gra Lechia.
Kibicowanie klubowi, który gra tysiąc czterysta kilometrów stąd, to inna dyscyplina niż bycie kibicem lokalnego zespołu. Nie pojedziemy na mecz w środku tygodnia. Nie spotkamy zawodnika przypadkiem na mieście. Cała nasza więź z klubem przechodzi przez ekran, przez streaming, przez to, co inni ludzie w internecie napiszą o meczu, którego oni też nie widzieli na żywo.
A jednak, kiedy Ramos strzelił w meczu z Venezią, cały bar wstał. Obcy ludzie, których jedyne co łączy to koszulka z herbem, przybili sobie piątki. Ktoś zaczął śpiewać, inni dołączyli, chociaż akustyka baru sportowego w Gdańsku ma się nijak do San Siro. To nie było udawane. To była ta sama emocja, tylko przeniesiona o tysiąc czterysta kilometrów.
Wirtualne San Siro na tym portalu to dla mnie coś więcej niż ciekawostka. Kupiłem tam swoje krzesełka, bo chciałem mieć chociaż namiastkę tego, że jestem częścią tej trybuny, nawet jeśli fizycznie siedzę przy barze w Gdańsku. Głupie? Może. Ale kiedy zobaczyłem swój podpis obok setek innych polskich nicków, poczułem, że to ma sens.
Bycie kibicem na odległość to nie gorsza forma kibicowania. To po prostu inna. Wymaga więcej wysiłku, żeby poczuć się częścią czegoś, ale kiedy już to poczujesz, jest równie silne. Do zobaczenia na następnym meczu, w barze albo na trybunie wirtualnej. Forza Milan.