Dejan Savićević w Gazzetcie: „Bez piłki byłbym rzezimieszkiem. Mogłem iść do Juve, ale Milanowi zawdzięczam wszystko”
Pełny, wierny zapis jubileuszowej rozmowy z Dejanem Savićeviciem dla La Gazzetta dello Sport. Il Genio kończy 60 lat i wspomina dzieciństwo na torach w Podgoricy, kulisy transferu do Włoch, spotkanie z Maradoną i Platinim oraz ocenia Milan Rubena Amorima.

Il Genio jutro kończy 60 lat. Dejan Savićević, nazywany również Dejo, mieszka w Podgoricy (dawnym Titogradzie), stolicy Czarnogóry. Żonaty, w 2000 roku rozwiódł się z Vanją Brajović. Ma dwójkę dzieci, Vladimira i Tamarę, oraz czworo wnucząt: Vladanę, Dejana, Aleksandrę i Jovana. Związany jest z nową partnerką, Jeleną Babić. Najwybitniejszy piłkarz w historii Czarnogóry od 20 lat pełni funkcję prezesa tamtejszego związku piłkarskiego. Wybierany siedmiokrotnie, obecna kadencja jest jego ostatnią i wygasa w 2029 roku.
Z okazji okrągłego jubileuszu na łamach La Gazzetta dello Sport ukazał się szeroki wywiad przeprowadzony przez Germano Bovolentę. Legendarny as Milanu z rozbrajającą szczerością opowiada o trudnym dzieciństwie, rywalizacji z gwiazdami lat 90., spotkaniach ze swoimi idolami oraz o dzisiejszym zespole budowanym na San Siro przez Rubena Amorima.
Drogi panie prezesie Genio, doczekaliśmy sześćdziesiątki. Wszystko w porządku?
„Znakomicie. Jestem w Budvie, w moim domu nad morzem, pływam sobie łodzią, ale stale mam mnóstwo spraw na głowie. Wiesz, jak to jest: zobowiązania, plany, kontakty. Jestem prezesem na zasadach wolontariatu, nie pobieram ani jednego euro, pracy nie brakuje, a ja na szczęście wciąż dobrze się przy tym bawię”.
Kiedyś bawił pan publiczność na boisku. Driblingi, bramki…
„Mam wspaniałe wspomnienia, byłem szczęściarzem. Grałem w wielkich miejscach, wygrałem również dwa Puchary Europy - najpierw z Crveną Zvezdą, a potem z Milanem”.
W Milanie został pan obwołany Il Genio.
„Ależ skąd, wcale nie byłem żadnym Genio, byłem po prostu bardzo dobrym piłkarzem! To wy z Gazzetty zaczęliście mnie tak nazywać. Może dlatego, że robiłem rzeczy, których inni nie potrafili wykonać, a może po prostu miałem w sobie więcej fantazji”.
Ale chyba lubi pan ten przydomek, prawda?
„Tak, tak, to miłe, pogodne i wywołuje uśmiech. Kiedy moi przyjaciele i koledzy z boiska chcą ze mnie zażartować, wołają na mnie Genio. We Włoszech robią to wszyscy, choć to lekka przesada”.
Taka sama przesada jak słynny lob przeciwko Barcelonie w 1994 roku w Atenach?
„Najpiękniejszy gol mojego życia. Prezydent Silvio Berlusconi wieczorem przed finałem powiedział mi: »Dejan, jeśli jesteś geniuszem, udowodnij to«. I wyszło mi całkiem nieźle [śmiech]. Wszystko było wspaniałe, od początku do samego końca...”.
Od czego zaczynamy tę podróż w czasie?
„Zacząłem w Podgoricy. Mój ojciec był naczelnikiem na kolei, dowodził 900 ludźmi”.
Ale nie potrafił wyegzekwować posłuszeństwa od syna Dejo. Zgadza się?
„Mieszkaliśmy w domu tuż za dworcem kolejowym. Mój brat Goran chciał zostać maszynistą. Potem pracował jako agent nieruchomości. Ja z kolei uciekałem między torami i szedłem grać na plac pełen kamieni. To tam nauczyłem się podbijać piłkę i żonglować. Byłem młodym bandytą, miałem przed sobą perspektywę rzezimieszka. Na całe szczęście w wieku 13 lat trafiłem do OFK Titograd i zostałem piłkarzem”.
Pierwszy klub w pańskim sercu...
„Spędziłem tam dwa lata. Grałem dla czystej przyjemności z samej gry. Pieniędzy było niewiele, ale nigdy w życiu nie czułem się tak wolny. Potem przeszedłem do Budućnosti, co w języku serbskim oznacza »Przyszłość«”.
Debiut w najwyższej klasie rozgrywkowej w wieku 16 lat. W gazetach pisano: fenomen, prawdziwy artysta, czarodziejskie stopy. Przesadzali?
„Trochę tak. Nie strzelałem wielu goli, wolałem asystować, wspaniale było dogrywać partnerom, by to oni trafiali do siatki. Z Budućnosti trafiłem do reprezentacji. Miałem 20 lat, wygraliśmy 4:0 z Turcją, a ja strzeliłem trzeciego gola. W 1988 roku przeszedłem do Crvenej Zvezdy Belgrad, ówczesnego mistrza Jugosławii”.
I od razu stał się pan numerem jeden - „gwiazdą Zvezdy” [la stella della Stella].
„Dajcie spokój, byłem po prostu zawodnikiem olbrzymiej, wielkiej drużyny. Grali tam wspaniali mistrzowie, przy nich czułem się wyśmienicie. Uwielbiali mnie, ale ja także kochałem wszystkie moje kluby: Budućnost, Crveną Zvezdę, Milan i Rapid Wiedeń. Przede wszystkim jednak Crveną Zvezdę, która pozostaje moim pierwszym domowym klubem”.
A Milan?
„Milan jest zawsze w moim sercu. Trafiłem tam w 1992 roku. Wcześniej miałem przejść do Juve, potem do Romy, a w pewnym momencie do Monaco we Francji. Byłem wtedy w Crvenej Zvezdzie, czułem się doskonale. Wygraliśmy Puchar Europy po pokonaniu Marsylii w Bari”.
Początki w Milanie były jednak bardzo trudne…
„Tak, męczyłem się przez bite półtora roku. Było niezwykle ciężko, miałem pewne problemy fizyczne, a przede mną w hierarchii stali Gullit, Van Basten, Rijkaard i Papin. Wybrałem jednak Włochy, bo to była najpiękniejsza liga świata i grali w niej najlepsi zawodnicy. To był znakomity wybór - w żadnym innym klubie nie wygrałbym tak wiele i nie zyskałbym takiej rozpoznawalności, jaką dał mi Milan. No i ci kibice... Wspaniali, pełni pasji. Ich przyśpiewki na San Siro były dla mnie najlepszą energią. To olbrzymia duma i wzruszenie, że ludzie po ponad dwudziestu latach wciąż o mnie pamiętają. Zdarzają się tacy, którzy podchodzą i mówią mi, że grałem jak Michel Platini. To doprawdy piękne”.
Nazywano pana Platinim Bałkanów, Michel był pana idolem. Naprawdę aż tak bardzo pan go uwielbiał?
„Kochałem wirtuozów, ludzi z nieokiełznaną fantazją na boisku. Przede wszystkim uwielbiałem Maradonę, a przed nim Anto Miročevicia i Safeta Sušicia: byli fantastyczni. Maradony nigdy nie poznałem osobiście, grałem przeciwko niemu na mundialu w 1990 roku we Florencji. Przegraliśmy po rzutach karnych. Ja strzeliłem, Diego spudłował. I choć w 1990 roku byłem już dość znany, w porównaniu z Maradoną byłem nikim. Patrzyłem na niego z olbrzymim podziwem. Byłem też zakochany w Platinim, to był mój piłkarz idealny. Nigdy jednak ze sobą nie rozmawialiśmy. Kiedyś w Belgradzie zagrałem przeciwko Francji. Wszedłem na boisko przy stanie 1:2 dla nich, zrobiłem dwie akcje, dwa podania i wygraliśmy 3:2. Po meczu schodziliśmy razem do szatni i bardzo chciałem do niego zagadać, przedstawić się, powiedzieć chociaż: »Cześć Michel, jestem Savićević«. Nie znałem jednak francuskiego, mówiłem tylko po słowiańsku. Poszedłem więc prosto przed siebie, nie odzywając się ani słowem. Ech, piękne wspomnienia...”.
A o czym myśli pan, patrząc na dzisiejszy Milan?
„Mmm... Mój Milan to był zupełnie inny świat, my nieustannie graliśmy w finałach Ligi Mistrzów. Z obecnego zespołu widziałem niewiele, tylko fragmenty w telewizji. Drużyna jest młoda i świeża. Trener również jest młody. Przeciwko Lazio pokazali świetną reakcję w drugiej połowie. Musimy poczekać na nich z cierpliwością i zaakceptować także błędy, bo one są naturalną częścią futbolu. Wiem, w dzisiejszej piłce nie ma czasu, ale jakość powinna w końcu wypłynąć na wierzch i ten zespół wyrówna poziom z czołówką. Inter niestety wydaje mi się w tym momencie bardziej zaawansowany i poukładany. Ale sezon jest długi i skomplikowany dla każdego. Czekajmy. Ja w Mediolanie na swoją szansę czekałem półtora roku”.









