Przejdź do treści
WażneAnaliza

Franco Ordine: Amorim nie zna swoich piłkarzy i nie ma partnera do rozmów o sporcie

Franco Ordine bez ogródek punktuje błędy Rubena Amorima, samotność Gonçalo Ramosa oraz krytykuje RedBird za tworzenie kolejnych stanowisk korporacyjnych przy jednoczesnym braku dyrektora sportowego.

Ruben Amorim na ławce w meczu z Lazio
Fot. własne

Porażka 0:2 z Benficą na San Siro nie była jedynie pucharowym wypadkiem przy pracy. Była bolesnym, bezlitosnym obnażeniem stanu, w jakim po dwóch miesiącach pracy Rubena Amorima znajduje się drużyna rossonerich. Włoskie media nie zostawiają na Portugalczyku suchej nitki, ale najcelniejszą i najbardziej wielowymiarową diagnozę postawił na łamach MilanNews.it Franco Ordine. Doświadczony publicysta uderzył dokładnie w te struny, które od tygodni wywołują niepokój na trybunach San Siro: w zderzenie pięknych teorii Amorima z brutalną rzeczywistością oraz w kuriozalne bezkrólewie na kluczowych szczeblach zarządzania sportowego w klubie.

Teoria z konferencji a brutalna prawda o kadrze

Punktem wyjścia analizy Ordine jest prosta, ale bezwzględna prawda o warsztacie trenerskim: nowoczesne idee i efektowne wypowiedzi na konferencjach prasowych nie wygrają meczu, jeśli szkoleniowiec nie ma pojęcia, na co w praktyce stać poszczególnych wykonawców.

W futbolu liczą się idee, to prawda. Ale potem trzeba przejść od teorii do praktyki. A żeby zrealizować je na boisku, potrzeba przede wszystkim dokładnej znajomości potencjału technicznego własnej kadry. Bez ulegania wpływom stażu w klubie ani kilku dobrze przeprowadzonych treningów.

Ordine słusznie zauważa, że Amorim zachowuje się tak, jakby wciąż nie „zważył” swoich piłkarzy. Przeprowadzanie hurtowych rotacji w meczu otwarcia europejskich pucharów - sadzanie na ławce lidera defensywy Mario Gili, wyłączanie z gry Luki Modricia czy posyłanie do boju niegotowych zmienników - to szkoleniowy grzech pychy. Eksperymenty z graczami, którzy u poprzednich szkoleniowców regularnie oblewali testy dojrzałości, natychmiast zemściły się na murawie. Wystawienie Filippo Terracciano zamiast powracającego Fikayo Tomoriego czy bezradność Davide Bartesaghiego na lewej flance pokazały, że portugalski trener wciąż żyje w świecie laboratoryjnych założeń, a nie realiów twardego calcio.

Milan w rozkroku i samotność Ramosa

Konsekwencją tego braku rozeznania jest stan całkowitego taktycznego zawieszenia. Dzisiejszy Milan nie jest ani drużyną potrafiącą bronić się w kontrolowany sposób, ani nowoczesną machiną wysokiego pressingu. Ordine celnie punktuje, że Benfica wystawiła w Mediolanie niemal rezerwowy skład, a mimo to bez trudu narzuciła gospodarzom swoje warunki gry:

Jeśli grasz przeciwko Benfice, która wystawiła drugi garnitur, a ty dajesz się jej zdominować w rozegraniu piłki i tracisz kuriozalne bramki, to znaczy po prostu, że ten Milan wciąż tkwi w pół drogi między starym schematem a nowym, z którego nie wynika ani żadna korzyść, ani jakakolwiek przekonująca cecha.

Największą ofiarą tego chaosu staje się Gonçalo Ramos. Portugalczyk, który miał być nową „dziewiątką” rossonerich i gwarancją bramek w polu karnym, na boisku wygląda jak cień samego siebie. Nie dlatego, że zapomniał, jak grać w piłkę, lecz dlatego, że koledzy z zespołu zmuszają go do biegania na 40. metrze w poszukiwaniu bezpańskich piłek. Milan gra wolno, przewidywalnie, od nogi do nogi, bez jakichkolwiek dośrodkowań czy prostopadłych zagrań w szesnastkę. Ramos jest na murawie całkowicie odcięty od tlenu.

Więcej korporacji niż futbolu: gdzie jest dyrektor sportowy?

W ostatnich dniach media obiegła informacja o kolejnej prestiżowej nominacji biznesowej: stery Chief Corporate Affairs Officera w Milanie obejmuje James Fontanella-Khan, dotychczasowy redaktor finansowy „Financial Times”. Menedżer z Wall Street, ekspert od funduszy private equity, fuzji i wielkich transakcji. Biznesowo - ruch bez zarzutu. Sportowo - kolejny dowód na zaburzone priorytety właścicieli.

W klubie pojawia się kolejny menedżer z wielkiego świata finansów, tymczasem w sprawie słynnego szefa pionu technicznego [Head of Football] skończyło się wyłącznie na zapowiedziach Gerry'ego Cardinale podczas wizyty w Milanello. W rzeczywistości nie ma po nim śladu. A klub desperacko potrzebuje takiej postaci. Z kim w tym momencie Amorim rozmawia o futbolu? Z kim dyskutuje o swoich wyborach? Z Gerrym Cardinale, który nie ma wieloletniego przygotowania piłkarskiego?

I to jest sedno problemu, które my, kibice i obserwatorzy Milanu, widzimy z przerażającą jasnością. Po majowej rzezi pionu sportowego Ruben Amorim nie w klubie partnera do rozmowy o sprawach sportowych. Kompetentnej, silnej postaci ze świata calcio - dyrektora sportowego z prawdziwego zdarzenia, który mógłby wejść do gabinetu trenera, spojrzeć na projekt wyjściowego składu i powiedzieć mu wprost: „Ruben, zejdź na ziemię. Nie możesz w pucharach wystawiać rezerw, bo Serie A i Europa ci tego nie wybaczą”.

Dzwonek alarmowy przed Lecce

Fakt, że Amorim w drugim kolejnym meczu - najpierw na Stadio Olimpico, a teraz na San Siro - musi dokonywać podwójnych zmian już w 45. minucie, nie jest pechem ani zbiegiem okoliczności. To dowód na to, że wyjściowy plan za każdym razem okazuje się klapą.

Przed niedzielnym meczem ligowym z Lecce na San Siro margines błędu przestał istnieć. Czas na eksperymenty definitywnie minął. Jeśli Ruben Amorim nie wyciągnie wniosków z lekcji pokory z Benfiką, a RedBird nie zrozumie, że wielkiego klubu piłkarskiego nie da się prowadzić wyłącznie za pomocą arkuszy kalkulacyjnych i menedżerów z Wall Street, kryzys w Mediolanie z lokalnego pożaru szybko przerodzi się w prawdziwe trzęsienie ziemi.

Źródła